|
Zwierzyniec i Świątynia Przeznaczenia
Przejdź do galerii
"Dziewicze brzozy srebrne korą
Liść sieją złoty w szmaragd traw.
Przez sieć gałęzi modrą porą
Prześwieca nieba skłon i staw."
/L.Staff/
Chyba lepiej od Leopolda Staffa nie wyrażę tego, co zobaczyłam po opuszczeniu czterokołowego pojazdu Piotra Faryny. Przyjemny, pachnący świeżością wiatr, zieleń drzew i staw, i to coś nieuchwytnego, a jednak istniejącego, co tworzy atmosferę miejsca, jedynego w swoim rodzaju. Da się to opisać jednym słowem - Zwierzyniec. Zwierzyniec, który widziałam po raz pierwszy i znałam tylko z opowieści corocznych bywalców obozu. Stał się od razu znajomy, swojski i sielankowy, i przyjacielsko zaprosił wszystkich do swojego wnętrza. w ośrodku o nazwie "Ryś" każdy dostał swój pokoik, kawałek miejsca do życia przez najbliższe dni i nowych współlokatorów... i tak rozpoczął się obóz aikido.
Już pierwszego dnia poznałam najważniejsze dla uczestników obozu miejsca, czyli szkołę z dużą salą, w której rozłożono maty, stawy "Echo", gdzie można było wymoczyć się samemu i innych zamoczyć przy okazji:-) oraz "Młyn", cel popołudniowych i wieczornych wędrówek, by nakarmić i napoić czarną otchłań brzucha. Oczywiście każdy miał jeszcze własne punkty na zwierzynieckiej mapie. Należały do nich z pewnością okoliczne sklepiki, bary, puby i restauracje, a może nawet tajemnicze polanki w lasach, magiczne drzewa, rzeczki, strumyczki, krzaczki i Bóg wie, co jeszcze. Ja też miałam takie miejsca, ale nikomu ich nie zdradzę. w końcu każdy powinien szukać sam. Podpowiem tylko, że aby tam trafić, trzeba położyć rękę na mchu, podnieść listek, znaleźć dużą szyszkę, odkryć mieszkanie węża, zobaczyć trzy krople rosy i usiąść na kamieniu. Powodzenia w szukaniu.
Obóz nie nazywałby się tak, jak został ochrzczony, gdyby nie treningi, treningi i jeszcze raz treningi, i pot, i siniaki, i każdy ruch ręki, i ta niska pozycja, i ten ból, i ta satysfakcja, i bokken, i jo, i tanto, i sensei, i uke, i tori, i mata. a wszystko zaczynało się o dziewiątej. Przedtem zwykle prysznic i szybkie śniadanko. Ubrani w keikogi przemierzaliśmy okoliczne dróżki, żeby dotrzeć na matę, starając się nie spóźnić, choć jak wiadomo czas biegnie zawsze o dwa kroki przed nami. Stanowiliśmy okoliczną atrakcję turystyczną i, jak się okazywało, zdaniem mieszkańców Zwierzyńca nie trenowaliśmy aikido, ale zwykle judo albo karate. Spóźnieni lub punktualni chwytaliśmy jo w ręce i zaczynaliśmy godzinną rozgrzewkę prowadzoną przez senseia Ryotę. Na początku było lekko i przyjemnie. Kręcenie wszystkimi kończynami, palcami, łopatkami, stawami... Potem proste kręgosłupy wyginane we wszystkie strony, machanie, czym popadnie, swoją nogą i nogą kolegi, zginanie, prostowanie. Po tym wszystkim przychodził jednak test ostateczny. Należało usiąść w pozycji niemożliwej do osiągnięcia, z prostymi, szeroko rozstawionymi nogami i prostym kręgosłupem, i dotknąć brzuchem maty. Kiedy patrzyło się, jak Ryota wykonuje to ćwiczenie z łatwością i gracją akrobaty, na moment wierzyło się, że jest to możliwe. Przecież ktoś to zrobił, widzę to na własne oczy... Bluźniercą jest jednak ten, kto powie, że to łatwe. Po usilnych próbach i staraniach dociskania brzucha i wyciągania wszystkiego, co było pod ręką, okazywało się to niewykonalne. Ale, ale, może po kolejnym zdanym egzaminie magiczne, witalne siły same wstępują w ciało i każdy porusza się z gracją akrobaty? Aby wrócił w nas optymistyczny duch na koniec rozgrzewki, leżeliśmy sobie przez pięć minut i było czuć, jak cicho, na paluszkach, przychodzi do nas sen. i kiedy był już tak blisko, bliziutko i siadał na skrawku keikogi, należało strzepać go z powiek i wstać, bo za chwilę dwie godziny treningu prowadzone przez senseia Pawła.
Trening zaczynał się tradycyjnie ukłonem i zaproszeniem wszystkich do ćwiczeń. Onegai shimasu, jak sztylet, przeszywało powietrze, a potem pierwsza ofiara senseia wychodziła na środek. Sensei wykonywał parę płynnych ruchów nadgarstkami, wychylał swego uke, uwalniał snop energii z centrum i nieszczęśnik padał w mgnieniu oka. Po zaprezentowaniu techniki wolno i szybko, i wytłumaczeniu, po co tę nogę się stawia tu, a dlaczego ta ręka jest tak, a jak powinna wyglądać pozycja albo gdzie powinniśmy patrzeć i jak chodzić, każdy mógł spróbować tej trudnej sztuki sam. i zwykle przekonywał się wtedy, że noga i ręka nie zawsze są posłuszne, bo tak naprawdę to jeszcze trzeba to sobie szybko wyobrazić w głowie, bo inaczej nic się nie uda. i za chwilę znów siedzieliśmy w seiza, żeby sensei jeszcze raz nam wytłumaczył, dlaczego ta noga jest tu, a ręka tam. Zwykle po kolejnej prelekcji szło trochę lepiej, ale do mistrza było jeszcze daleko. Zapamiętale powtarzało się każdy ruch po sto razy, aż na czole ukazywały się zmarszczki trudu i kropelki potu. a to dopiero pierwsza technika. Sensei dwoił się i troił, żeby jak najlepiej wytłumaczyć nam, jak się wykonuje każdą technikę. Wiadomo, że trudno jest wyrazić językowi to wszystko, co pomyśli głowa. Toteż czasem na macie dało się słyszeć takie oto sensejowe określenia: np. należało "obręczować pozycję", albo "utworzyć taką obręcz, żeby uke mógł po niej swobodnie spłynąć"... z rękami bywało różnie. Jedno jest pewne, "ręce należy mieć cały czas włączone" i nie robić nimi technik, bo techniki, jak wiadomo, "robi się nogami". To jednak nie wystarczy, gdyż "najważniejsze, to zamykać się i otwierać". Jeśli i to nie pomoże, trzeba sobie wyobrazić, że "nasz uke jest w kuli"..., ale to już dla tych, którzy "techniki robią głową". Po tych wszystkich uwagach sami przyznacie, że aikido jest sto razy prostsze.
Jeśli pamiętacie pot spływający po plecach, nosie, włosach, uszach, łydkach, udach i... hmmm, chyba się troszkę zagalopowałam... w każdym razie, kiedy wszystko było już mokre, a brzuch domagał się swych praw i groził Trybunałem Do Spraw Zagłodzonych Żołądków, to znak, że to już koniec treningu i czas wyruszyć na poszukiwanie konia z kopytami. Każdy między 12:00 a 17:00 udawał się z bokkenem na polowanie. Tym, którym nie udało się nic złowić, próbowali przysmaków miejscowej kuchni. Prawdę mówiąc, nie spróbowałam wszystkiego, ale znam smak "Zemsty kucharza". a najbardziej mściwi kucharze gotowali we "Młynie". i nie poprzestawali tylko na potrawach, ale także raczyli gości stężoną dawką muzyki techno, ze szczyptą disco polo, polaną starymi przebojami mojej babci w nowej, znacznie gorszej aranżacji. Kiszki, ustawiwszy się w opozycji, zaczynały grać marsza. Czym była "Zemsta kucharza" i jak smakowała? Otóż z pozoru wyglądała jak zwykła pizza, ale to tylko pozory, gdyż po spróbowaniu odrobiny tej cykuty, okazywało się, że pół litra zamówionej wody to zdecydowanie za mała dawka, żeby ugasić pożar w ustach. i pomyśleć, że przy składaniu zamówienia poprosiłam o małą "Zemstę", a nie dużą...
Jeśli komuś dopisało szczęście i upolował coś sam, zwykle wybierał inny sposób spędzania wolnego czasu. Udawał się wówczas na spacer lub nad stawy "Echo". Muszę się tu chwilkę zatrzymać, gdyż uważam, że "Echo" to bardzo ładna nazwa dla stawów, w przeciwieństwie do nazwy serwowanego trunku w zajeździe "U Guciów", a mianowicie "Wilgoci wąwozu". Dlatego też może przez samą nazwę, albo dzięki niej, nie spróbowałam jak owa wilgoć smakuje. Za to pierogi były przepyszne i nie nazywały się "Przysmak grabarza", ale zwyczajnie, ruskie. Ale, ale, wracajmy do głównego nurtu opowieści.
Czym jest staw dla zmęczonego człowieka? Tym, czym Raj dla grzesznika, wygodne buty dla wędrowca i kanapka z Nutellą dla Justyny. Konającego ze zmęczenia stawy "Echo" stawiały na nogi i leczyły jego zbolałe stawy, czemu nawet Staff by nie zaprzeczył. Toteż, wielokrotnie brzegi piaszczyste mieniły się kolorowymi ręcznikami, a ratownicy mieli pełne ręce roboty. Adekwatnie byłoby napisać pełne usta roboty, bo ciągle tylko brali gwizdek do ust i raz, drugi, trzeci , krótkimi, ostrymi dźwiękami przywoływali pływaków do porządku. Tak było w dzień... Wieczorem zaś kolorowe ręczniki znikały, ratownicy znikali, słońce znikało, ale aikidoccy amatorzy wody nie znikali. Ale zdarzyło się raz, że zostały porwane znad brzegu trzy niewiasty. a było to tak:
Dawno temu, ja, Gosia, Justyna i Marcin wybraliśmy się na przechadzkę po lesie i nie wiadomo jak i kiedy nasze nogi poniosły nas nad "Świtezi wody". Nad stawem malowniczo wisiał księżyc, nie okrągły, nie półksiężyc ani nawet księżycowy rogalik, ale taki księżyc trzy czwarte. No, w każdym razie, "Nasi" już tam byli. Stoimy tak, my, lądowe szczury, odziani w spodnie i bluzki, i stoją oceaniczne Tetydy, rusałki i jeden potwór z Loch Ness, okryci jedynie w jakieś tam kąpielowe wdzianka. My na plaży, oni w wodzie i tak się mierzymy wzrokiem. Nie wiem, dlaczego i w którym momencie dokładnie, ale morska armia mitycznych bożków i jednego szkockiego potwora postanowiła porwać trzy lądowe niewiasty. Pierwsza w odmęty czarnych wód, glonów i mułów, a przede wszystkim w szpony Potwora dostała się Justyna. Mieszkaniec Loch Ness ją chwycił, rusałki i Tetyda otoczyły i chlup, uprowadzona Justyna została zamoczona po sam czubek głowy. Ale to nie wystarczyło, by zaspokoić głód stawu. Przez lasy, powietrze, aż do nieba potoczył się okrzyk: "Jeszcze Ania została". Ania jednak czmychnęła, a przynajmniej tak się Ani wydawało. Bowiem gdy tylko stanęła z dala od potwora, niby bezpieczna, za rękę wzięła ją Tetyda Karolina, a od tyłu zagrodził jej drogę ucieczki Tryton Darek i w takim orszaku zaprowadzili ją prosto w gardziel Potwora. i już nie było na Ani żadnej suchej niteczki.
Ach, Gosiu, czy miałaś jakąkolwiek nadzieję na to, że Ci się uda pozostać tego wieczoru suchą?
Nadzieje płonne,
Gosia mokra cała,
w gardzieli Potwora została.
I tak Justynie, Ani i Gosi wyrosły skrzela i zamieszkały w wodnym królestwie Stawów "Echo". Tylko jeden Marcin uratował się i nie został siłą wciągnięty, ale przebrał się w kąpielowe wdzianko i sam wskoczył do wody. a tacy, co to sami wskakują i się im ubrania nie da zmoczyć, nie podlegają klątwie stawu. Koniec bajki.
O 17:00 rozpoczynał się trening z bronią. Może nie wyglądał jak scena z "Kill Billa", kiedy to Uma Thurman wpada do jakiejś azjatyckiej restauracji i robi krwawą rzeź, odcina panom w garniturach ręce, nogi, wyrywa im gołą ręką gałki oczne i prawie się przy tym nie brudzi. Ale wiem, dlaczego trening tak nie wyglądał. Po pierwsze, nie mamy do czynienia z prawdziwym ostrzem, a po drugie, niewielu z nas zmieściłoby się w żółty, skórzany kombinezon Umy w rozmiarze XXS, żeby się "prawie nie ubrudzić". Tym oto sposobem każdy dzierżył drewniany bokken i starał się wyryć sobie w myśli takie oto zdania "Jeśli będziesz myślał o ostrzu i patrzył na ostrze, spotkasz się z nim. Nie myśl o ostrzu. Myśl o następnym ruchu". Zdania te brzmią jak wersety mistycznej księgi samurajów. a trening mijał na ćwiczeniu się w omijaniu ostrza zaledwie o kilka centymetrów od własnego ciała i pokonaniu przeciwnika w stylowy sposób, tak aby na to ostrze mimo wszystko się nie naciąć. Za każdym razem w czasie treningu z bokkenem miałam w głowie te wszystkie sceny z dalekowschodnich filmów, gdzie wojownicy, skacząc po czubkach drzew, potrafią sprawnie wymienić kilka ciosów mieczem, tłumacząc motywy swojej zemsty, która trawi ich serca od wielu lat. Może właśnie dlatego, że nie chcę się na nikim mścić, nie szło mi aż tak dobrze jak filmowym bohaterom. Pierwsza godzina treningu dobiega końca i mamy pięć minut przerwy, by zgromadzić siły na kolejną godzinę treningu. Czy ktoś ma coś do picia?
O godzinie 19:30 w centrum maty staje pomarańczowa buteleczka z oliwką, a w powietrzu czuć rozprężenie. Czas na masaż! Leżymy sobie jak Rzymianie w łaźni, a Darek, nasz ekspert od uciskania, wklepywania i gładzenia tłumaczy: np. teraz łapiemy mięsień i puszczamy, a teraz wkładamy rękę pod łopatkę... Leżąc tak sobie, w czasie gdy Justyna właśnie wciera w moją łydkę kropelki oliwki, patrzę na zadowolone twarze masowanych. Jedni leżą z uśmiechem na ustach, inni mają zamknięte oczy i chyba dryfują gdzieś daleko, coraz głębiej w krainę snu. Koniec masażu! Już?! Justyna, a możesz jeszcze mi trochę karczek wygłaskać? Prooooszę. No, dobrze - mówi Justyna - i karczek czuje, że żyje.
Tak mniej więcej z drobnymi różnicami wyglądały dni w Zwierzyńcu. Zdarzały się jednak odstępstwa od tej reguły. Takim wyjątkiem był np. wtorek, kiedy to zawitała do nas Sakie, Japonka, wolontariuszka JICA, o uśmiechu słonecznym, włosach tak czarnych, że prawie granatowych, ubrana w przepiękną hinduską spódnicę (co zresztą dowodzi globalizacji, no, bo sami powiedzcie, Japonka, w Polsce, w hinduskiej spódnicy) i miała zapoznać nas z kulturą kraju jej przodków. Zatem wtorek okrzyknięto "Dniem Kultury Japońskiej".
Przed południem w zwierzynieckiej kuchni działy się harce czarownic nad kociołkiem ryżu. a tak naprawdę to przygotowywaliśmy produkty do sushi. Naczelnym kucharzem i głównodowodzącym był oczywiście Ryota, bo co jak co, ale on jako Japończyk powinien jeść sushi rano, w południe i wieczorem, tak jak każdy Polak zjada talerz bigosu trzy razy dziennie. w kuchni pomagała mu silna grupa pod wezwaniem kraba i nori. Gdybym tylko znała przepis na zrobienie wszystkiego, to chętnie bym go tu zamieściła, ale zupełnie nie pamiętam, jak się gotuje ryż i ile octu trzeba dodać... chyba z pół szklanki... chyba. w każdym razie, my, kuchcikowie niższego szczebla, kroiliśmy wszystko i układaliśmy na tackach, a taką poważną rzeczą jak gotowanie ryżu zajmował się głównodowodzący. Kroiliśmy kraby, łososia, marchewkę, jajko i śledzia, a potem układaliśmy artystycznie wszystkie produkty na liściach sałaty. Kiedy ryż był już ugotowany, trzeba go było wachlować, aż przestanie buchać z niego para. a kiedy nic już nie było do roboty, zapakowane sushi pojechało do szkoły na salę, gdzie czekała już Sakie.
Siedzieliśmy w ławeczkach, a pani nauczycielka Sakie kazała nam pokazywać, gdzie leży Polska, a gdzie Japonia i przeliczała, ile trzeba by iść, płynąć lub lecieć, żeby dotrzeć do Kraju Kwitnącej Wiśni. Musieliśmy też powiedzieć po japońsku, jak się nazywamy i co lubimy. a potem robiliśmy różne rzeczy z origami, a Sakie opowiadała nam o swoim kraju i o zwyczajach, jakie tam panują i pokazywała różne filmiki i zdjęcia. Przywiozła ze sobą także yukaty, czyli letnie kimona, w które niektórzy z nas mieli okazję się poprzebierać. Następnie Sakie zaprosiła nas na ceremonię parzenia herbaty. Choć nie udało nam się tamtego dnia zgłębić tej niezwykle trudnej sztuki, to jednak mieliśmy chociaż jej przedsmak, a z pewnością poznaliśmy smak zielonej, sproszkowanej herbaty. i wreszcie nadszedł czas na sushi! Na otwartej dłoni kładło się nori, na to ryż, potem wkładało się wszystko, co się chciało, powiedzmy kraba, marchewkę i jajko, i zawijało się całość. Następnie można to było polać sosem sojowym, albo dodać trochę wasabi i... powoli wypełniać przepastną otchłań żołądka. Mniam, mniam... a do tego sake, którą sensei Paweł hojnie nalewał do kubeczków.
Oskar Wilde napisał kiedyś, że takiego kraju jak Japonia nie ma i że to zupełnie baśniowy wymysł. Najbardziej niesamowite było jednak to, że Ryota, Sakie i Masayuki widzieli to wszystko na własne oczy. Oddychali tamtejszym powietrzem, chodzili do japońskiej szkoły, jedli sushi i uczestniczyli w festiwalach. Nosili też kimona, uczyli się robić świat z origami i... jednak siedzieli z nami w jednej sali oddalonej od ich domu o tysiące kilometrów, a ja powoli zaczynałam wierzyć Oskarowi Wilde'owi. Bo to wszystko wydawało mi się jak nie z tego świata i było całkowicie magiczne i baśniowe. Niedługo potem Sakie zniknęła. Może ją porwał Potwór Szkot? a może po prostu wzywały ją jakieś prozaiczne, polskie problemy?
Kolejnym wyjątkiem od reguły zwykłego treningowego dnia był czwartek, kiedy to odbył się spływ kajakowy. Tata Madzi - Darek - zorganizował nam transport nad rzeczkę. Każdy znalazł sobie parę do wiosła i ruszyliśmy na spotkanie z wodną przygodą. Prawdę mówiąc, poruszanie się kajakiem kojarzyło mi się z jazdą samochodem i to w bardzo początkowym okresie prowadzenia auta. Zatem kajak wymykał się spod władzy kierowców i, jako chyba najbardziej krnąbrny pojazd, stawał w poprzek rzeki. Taki wodny osiołek - uparciuszek. Ale, ale, dzięki współpracy obu kierowców i okrzykach "lewa, trochę prawa, teraz znów lewa i prawa" udało się okiełznać go na tyle, żeby można było chwile odpocząć i podziwiać widoki dookoła. Chwile spokoju i odprężenia nie trwały jednak zbyt długo, bo ciągle się coś działo. Nawet spotkałyśmy jednego pana, który stanął na środku rzeki i za nic w świecie nie chciał się ruszyć. a kajak parł prosto na niego. Może to był jakiś kolejny tryton? Dopiero w ostatniej chwili ów siwy wąsacz z filuternym uśmiechem na twarzy odpłynął z gracją nimfy. a ja najadłam się strachu co niemiara. w połowie spływu kajaki na chwilę przybiły do brzegów i większość uczestników postanowiła się nieco ochłodzić. a woda była zimna, oj, baaardzo zimna. Zanim ruszyliśmy w dalszą drogę, zdążyliśmy jeszcze ukoronować senseia Tomka wieńcem z glonów i przemienić go w rzecznego Posejdona. a potem znów do kajaków. Widoki były wyśmienite. Bitośmietanne chmury, długie palce wodorostów, piaskowy klif i szumiące trzciny, dla takiego widoku warto było znosić ból rąk, który narastał od ciągłego wiosłowania. Kiedy dotarliśmy do brzegu, bardzo żałowałam, że to już koniec. Zapłaciłam jeszcze Darkowi całkowicie przemoczonymi pieniędzmi i wszyscy wróciliśmy do ośrodka. Monika negocjowała jeszcze z panem kierowcą zniżkę, jako stały, coroczny, kajakowy klient i pan obiecał jej ją dać. Ciekawe, czy dotrzyma słowa?
W czasie wykładu na temat broni japońskiej okazało się, że Piotr Faryna jest wielkim hobbistą japońskiej sztuki użytkowej i niebywałym oratorem. Oprócz historii japońskiego miecza, można było się dowiedzieć także co nieco o polskich sztukmistrzach - rzemieślnikach. Piotr wznosił się na wyżyny krasomówstwa i przekonywał, jak ważna dla każdego Japończyka jest ciężka praca, sumienność i powolne wspinanie się na szczyt. Tłumaczył także, jak należy obchodzić się z bronią w dojo. Myślę, że ta część wykładów była dla nas szczególnie pouczająca.
Obóz nie byłby obozem, gdyby nie coroczna tradycja egzaminów na stopnie kyu. Przygotowywali się do nich: Marcin, Gosia W., Robert, Gosia B. i Andrzej. Wszyscy bardzo dzielnie, przez cały obóz zostawali po treningach na macie i ćwiczyli do upadłego wszystkie techniki z niebieskiej książeczki. Żeby zdać egzamin potrzebne są trzy rzeczy: po pierwsze ciężka praca, po drugie ciężka praca i po trzecie... uke, na którym można ćwiczyć. Wszystkim tym, którzy zdali gratuluję, tym natomiast, którym się nie udało, życzę powodzenia następnym razem.
A co działo się poza tym? Co działo się w nocy? To niech pozostanie słodką tajemnicą uczestników obozu. Mogę jedynie zdradzić, że śpiewaliśmy piosenki przy ognisku. Różne piosenki, cenzuralne i te niecenzuralne też :-). Na gitarze przygrywał Michał i Piotr, Paweł, a nawet Monisia, kiedy już w końcu do nas przyjechała, i Asia, i Tomek. Nawet Ryota zaśpiewał nam japońską piosenkę o miłości, za co zebrał gromkie oklaski.
Powinnam tu chyba opisać jeszcze jedno zdarzenie. a owoc tego zdarzenia siedzi teraz u mnie w domu i wiesza się na firankach, śpi na książkach i morduje pluszowego węża trzy razy dziennie. a owoc ten zwie się "Borsucza Łapa" i jest dwumiesięczną kotką, znalezioną niedaleko hotelu Anna w Zwierzyńcu. Właściwie nie mogę powiedzieć, że ten kot jest mój, bo to jest pupil naszego dojo. Nawet Łapa była na ostatnim treningu i jej podpis widnieje wśród wszystkich podpisów, jakie złożyliśmy w pamiątkowym albumie senseia Pawła. Obiecałam ją czasem zabierać na treningi, żeby nauczyła się robić wszystkie techniki, a szczególnie kote gaeshi...
I to chyba już koniec opowieści i koniec obozu. Kiedy widziałam, jak mata z jednej całości rozdziela się na coraz mniejsze kawałki, pomyślałam sobie, że tak samo jest z ludźmi. Stanowiliśmy przez dziesięć dni jedną grupę, a teraz każdy wsiada do swojego samochodu i odjeżdża. i byłby to bardzo smutny koniec opowieści, gdyby nie to, że są przecież jeszcze całoroczne treningi. a mata po przyjeździe do Warszawy znów złączy się w całość i we wrześniu spotkamy się na niej, by razem poćwiczyć. Wypada już tylko napisać ARIGATO!
Do zobaczenia za rok!
Tekst Ania Gruszka popełniła, zaś koretą Justynę Krzemińską obarczyła.
Galerie:
|