Warszawski Klub Aikido Aikikai - Paweł Zdunowski Warszawski Klub Aikido Aikikai - Paweł Zdunowski Warszawski Klub Aikido Aikikai - Paweł Zdunowski Warszawski Klub Aikido Aikikai - Paweł Zdunowski Warszawski Klub Aikido Aikikai - Paweł Zdunowski Warszawski Klub Aikido Aikikai - Paweł Zdunowski Warszawski Klub Aikido Aikikai - Paweł Zdunowski Warszawski Klub Aikido Aikikai - Paweł Zdunowski



ZWIERZYNIECKIE ABECADŁO

A jak...

Aikido - czyli oczywisty, niepodważalny, niekwestionowany, zasadniczy, podstawowy choć... nie jedyny ;) powód, dla którego ściągnęliśmy chmarą liczną a barwną do Zwierzyńca.

B jak...

Bakłażan - czyli jeden z głównych bohaterów sobotniej imprezy (pozostałymi HEROES byli oczywiście wszyscy przemaglowani, ups ;), znaczy: przeegzaminowani przez sensei Zdunowskiego). Za sprawą tej rośliny z rodziny psiankowatych (Solanum melongena - zwana również oberżyną lub... gruszką miłosną) Ilkerowi udało się uświadomić nas, iż kuchnia turecka to nie tylko kebab. I może pozostalibyśmy nieuświadomieni w kwestii możliwości kuchni tureckiej - z przyczyn obiektywnych, tj. braku tej rośliny w Zwierzyńcu - gdyby nie zapobiegliwość Karoliny, która rzeczonego bakłażana w dużej ilości przywiozła aż.... z Krakowa.

Bóbr-predator. Po wyjaśnienie tego hasła zgłaszać się proszę do Iwana i do Miśka.

C jak...

Ć jak...

D jak...

Dawca bokserek - tak Robson nazwał Tajemniczego Gościa, który porzucił był pod prysznicem swoje urocze niewymowne. Śledziliśmy w napięciu, jak się rozwinie akcja przejmowania tychże bokserek przez właściciela, albowiem chętni byliśmy poznać Tajemniczego Osobnika, którego skupienie na aikido było tak wielkie, że nie dostrzegł nawet braku... wiadomych po wyjściu z łaźni zbiorowej. To się nazywa zaangażowanie w aikido!
Ps. Dawca przechwycił, lecz anonimowy pozostał - jaka szkoda.

E jak...

Egzaminy - czyli najbardziej widowiskowy, pożądany, ekscytujący, stresujący, inspirujący, wyczekiwany i twórczy moment obozu.

Etykieta na macie... Oj! Może by tak przemilczeć to hasło? No cóż... Nad tym nieustająco musimy pracować ;)

F jak...

Favele - czyli nazwa zwyczajowa naszego lokum ;)

G jak...

Granaty - czyli ulubione nasze Zwierzynieckie ;)

zobacz galerię zdjęć >>

H jak...

Hung... a sprawa klucza. Wszystko w tym temacie ;)

I jak...

J jak...

K jak...

Kajaki. Spływ Wieprzem okazał się być sportem ze wszech miar ekstremalnym...
A Ryota okazał się być zakamuflowanym bojówkarzem proekologicznym - wchodził w bliski, serdeczny, by nie rzec: namiętny kontakt z otaczającą go przyrodą. Z każdym pniakiem na rzece, ze wszystkimi chaszczami na zakrętach, z każdym zwieszającym się krzaczorem. Japońska konsekwencja w działaniu potwierdziła się i w tym przypadku.
I tylko nie wiedzieć czemu Sylwia chciała się przesiąść do innego kajaka już po 4 minutach spływania w towarzystwie naszego ekologa. Czyżby Sylwia nie lubiła przyrody???

zobacz galerię zdjęć >>

K jak...

Kulinarne talenty - wprost niebywałe, objawili nam podczas obozu, ci nasi mężczyźni aikidoccy. Właściwie można by powiedzieć, że to faceci, na tym obozie, byli spiritus movens wszelkich akcji gastronomicznych: o Ilkerze już wspomniałam pod hasłem bakłażan, no i Shrek, który namiętnie dręczył, a raczej... dusił z cebulką grzybki samodzielnie uzbierane. No i oczywiście - Festiwal Sushi, gdzie głównodowodzącym był Ryota Kinoshita. A udało się Ryocie - wraz z Toshimim i z pomocą licznych asystentów płci obojga, wśród których szczególnie wsławił się Damian, sprawca wspaniałego omletu - wprowadzić nas do... SUSHI-RAJU.

zobacz galerię zdjęć >>

L jak...

Lekcje japońskiego - na początku z lekkim stresem wbijaliśmy się w szkolne ławki, ale otuchy dodała nam obecność... Toshimiego. Fakt, że on również zapartycypował w podstawach japońskiego podniósł nasze morale, ewidentnie nas odstresował, a co poniektórym nawet i... poprawił morfologię.

zobacz galerię zdjęć >>

Liczby - czyli obóz liczbach. Otóż, po przeliczeniu stanu osobowego obozu okazało się że: przewinęło się przezeń 48 sztuk ludzkich płci obojga (wraz z głównodowodzącym sensei Zdunowskim), z czego część partycypowała w zajęciach w sposób ciągły - ok. 35 sztuk; część, ze względu na obowiązki zawodowe, dorywczo - ok. 10 sztuk; a pozostałe osoby - fakultatywnie.
Dziennie na macie spędzaliśmy, teoretycznie (teoria=grafik) 6 godzin, ale kto był, ten wie, że to tylko... teoria. Realne minimum to jakieś 7 - do 8 godzin 30 min., a generalnie to... prawie tam mieszkaliśmy. Na tym przywiązaniu do maty niewątpliwie zaważyły egzaminy: ci, którzy przystępowali - "zakuwali", a reszta im... ukowała. Ot, aikidocka kooperacja. No, a że masaże się przeciągały... no cóż...lubiły się przeciąąąąągać - ku uciesze i przyjemności partycypujących (głosów sprzeciwu nie zarejestrowałam, wręcz przeciwnie).
Jak wiadomo doba ma 24 godziny, co więc z pozostałym czasem? No cóż, oprócz tego, że głównie aikido, aikido, aikido, to jeszcze się tam ciągle... myliśmy. I tak: rano - prysznic, po pierwszym treningu - prysznic, po kolejnym - prysznic. Czasem, prawem serii/nawyku/odruchu Pawłowa, ni z tego ni z owego... co robimy? Bierzemy prysznic. Jeśli dodać do tego jeszcze moczenie się w Stawach Echo - to dziw ze nam, jak kaczkom (kaczorom?), błonki między palcami nie wyrosły ;). Średni czas dziennego kontaktu z wodą to ok.. 3 godz. 30 min. (ablucje + Stawy).
No i jeszcze ok. 1 godz. 30 min. na wszystkie posiłki (wraz z dojściem i oczekiwaniem/przygotowaniem)* oraz 45 minut lekcji japońskiego.
Sumując czas poświęcony na różne formy aktywności -> 8,30 +3,30 + 1,30 + 45= 14 godz. i 15 min. aktywności wszelakiej.
Do tego należy dodać przeciętny czas uskuteczniania życia towarzyskiego, czyli jakieś 3 w porywach do 4 godzin, co daje ogółem: 18 godzin i 15 minut.
Wychodzi na to, że spaliśmy tam przeciętnie... 5 godzin i 45 minut dziennie...
No tośmy się tam nie naspali prosz Państwa...

*(nie dotyczy jedzących w Starym Młynie - należy dodać minimum... godzinę? Dobę? Tydzień?).

Ł jak...

Łazienka - na ogół miejscem, w którym następuje tzw. konsolidacja grupy, skupionej na niewielkiej przestrzeni mieszkalno-użytkowej, jest kuchnia. Otóż w przypadku tegoż obozu miejscem takim zaczęła być również... łaźnia zbiorowa, co być może wynikało:

  • z faktu, że kuchnia była poza budynkiem zasadniczym,
  • w łaźni zawsze można było kogoś zastać (patrz hasło: Liczby -> fragment dotyczący częstotliwości brania prysznica).
Tak więc w łaźni można było przeprowadzić ważką rozmowę w tematach następujących:
  1. Aikido
  2. Jak żyć?
  3. Fajna ta muza, którą zapuszcza Paweł S.* - no nie?
  4. Kto ma suszarkę?
  5. Skąd pochodzimy, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy i dlaczego nie chcą zejść z keikogi te cholerne plamy...
- oraz całość spuentować oczywiście... aikido. Koło hermeneutyczne po prostu.
No i łaźnia była również miejscem rozlicznych eksperymentów w zakresie prania, zarówno jeśli chodzi o metodę - np. deptanie (wcielał - Faryna Piotr), jak i środki wspomagające - np. niewątpliwie żrące substancje, chyba służące do usuwania kamienia (wcielał - jw.), a także eksperymentalne sposoby suszenia - bo czyż wywieszenie gi przy kabinach prysznicowych, w miejscu, gdzie wilgotność powietrza wynosi 1000% - nie jest z gruntu... eksperymentalne właśnie? ?

*Paweł S. zapuszczał (i grał na gitarze) Beethovena.

M jak...

Mata - w tym roku: nówka sztuka. A poza tym... miejsce najbliższe sercu każdego aikidoki - co tu tłumaczyć oczywistość ?.

N jak...

O jak...

Ó jak...

P jak...

Przodek... czyli jak Misiek odkrył wspólnego praszszczura u Guciów (z Guciem?) - a co za tym idzie: zwierzynieckiego krewnego (Gucia?).
I tak to jest: poszedł człowiek, znaczy Misiek, coś tam wrzucić na ruszt u Guciów i... niby wrócił ten sam, ale... jakby... nie taki sam, bo już: i z obszerną rodziną, i z historycznie umocowaną przeszłością. Ot... życie ;).

Paparazzi... to siostry miłosierdzia w porównaniu z obozowymi posiadaczami aparatów fotograficznych - walili te foty bez znieczulenia, z zaskoczenia i gwoli obnażenia. Wyjścia były dwa, albo się kryć, albo to czniać - po ilości kompromitujących zdjęć widać, że większość obozowiczów z czasem zaczęła to czniać :)

Ping-pong - jedna z form życia towarzyskiego, bywały rozgrywki toczące się do godziny piątej... nad ranem.

Q jak...

R jak...

Równowaga - jest to coś, z czego wytrącić można nawet Japończyka - choć oni to właśnie z równowagi, spokojności, i niewzruszoności słyną. A jednak da się. Trzeba mieć tylko odpowiedni wzór. A ja mam. I podaję:
ja+jo+13 kata w moim wykonaniu = zachwiany w wewnętrznej równowadze instruujący Ryota Kinoshita.

Rozjemca Damian - który podczas spływu, zażegnywał konflikty na pokładach: m.in. uratował dwie łajby przed zatonięciem, a załogantów - przed zbrodnią dokonaną na sobie wzajem.

S jak...

Stary Młyn - niestety. Wprawdzie, co uczciwie trzeba przyznać, pizza jest tam nadal w miarę dobra, porcje nadal całkiem pokaźne, ceny jakoś tam przystępne, no ale czas oczekiwania, który i poprzednio nie był mocną stroną tej placówki zbiorowego żywienia, no więc ten czas, to obecnie... po prostu masakra. Ja osobiście w żadnym innym miejscu tak dojmująco nie odczuwałam fenomenu przemijania, zmian pór dnia (być może i pór roku) oraz faktu, że mój zegar biologiczny tyka. Co tam tyka - bije niczym dzwon Zygmunta... a obiadu jak nie ma tak nie ma.
Ps. Istnieje uzasadnione podejrzenie, że obiady zamówione przez aikidoków w niedzielę 27 sierpnia właśnie zostały podane do stolika. Niewątpliwie cieszą się nimi ci nieszczęśnicy(?) szczęściarze(?) którzy zamówili posiłek zaledwie... 20 sierpnia.

zobacz galerię zdjęć >>

Stan euforyczny - czyli stan, w który popadli wszyscy przeegzaminowani, a który to stan od momentu ogłoszenia wyników rósł w postępie geometrycznym, aby osiągnąć swe szczególne natężenie w godzinach późno popołudniowych / około wieczornych - podczas sobotniego ogniska. Ilość energii KI przypadającej na metr kwadratowy przestrzeni imprezowej przekroczyła wszelkie prawdopodobieństwo. Jednym słowem - lewitacja.

T jak...

Techniki - noooo, w tym zakresie panowała wśród uczestników obozu duża wynalazczość. Dowód w załączeniu

zobacz galerię zdjęć >>

U jak...

Uke - czyli szanuj UKE swego jak siebie samego! (bo możesz nie mieć następnego chętnego :P ).

V jak...

VICTORIA! To mieli wypisane na twarzach - po ogłoszeniu wyników przez sensei Zdunowskiego - wszyscy zdający egzamin.

W jak...

Wasabi - po spożyciu tego zielonego "cosia" i zaliczeniu wstępnego szoku, następnym etapem była gwałtowna potrzeba wykonania jakiegokolwiek szybkiego ruchu (a nawet wielu ruchów). Dawało to złudną, podkreślam: ZŁUDNĄ nadzieję, na ugaszenie wewnętrznego pożaru. Przy okazji tych doświadczeń kulinarno-ekstremalnych doszło do wstępnych rozważań w temacie: możliwość zastosowania wasabi przed egzaminem - w charakterze dopingu.

Wilgoć Wąwozu - no cóż, dziękujemy Ci Tomku. Co nas nie zabije... to nas wzmocni - i może takie powinno być motto dojo Choszczówka?

Wycieczki - pomimo napiętego programu, dzięki indywidualnym zdolnościom naginania przestrzeni w czasie i czasu w przestrzeni, zdecydowana większość obozowiczów dała radę zapoznać się z pięknymi okolicznościami przyrody.

zobacz galerię zdjęć >>

X jak...

Y jak...

Yeti. Tego akurat w Zwierzyńcu nie było. No i ciekawe dlaczego?

Z jak...

Zdjęcia - patrz: Paparazzi.

zobacz galerię zdjęć >>

Uzupełnienie: osiągnęliśmy stan, w którym robione były zdjęcia uwieczniające... robienie zdjęć. Albo ich przeglądanie. Nervosis fotograficus - mówiąc krótko.

Zwierzyniec... no cóż, powrócimy tam, no nie?

Ź jak...

Ż jak...

Abecadło w wersji startowej popełniła Monika Wójtowicz (Dojo Choszczówka).
Zdjęcia wyszły spod rąk, oczu i sprzętu następujących delikwentów(ek): Ewa Józefowicz, Joanna Kurop, Karolina Ładyżyńska, Piotr Roguski, Robert Sokołowski, Tomasz Wiśniewski, Paweł Zdunowski

Jak widać jest sporo wolnego miejsca na dodawanie haseł przez pozostałych uczestników obozu. Opis nie jest zamknięty... Zapraszamy do zabawy!
Hasła z opisami można przysyłać na adres e-mail: tenkan@wp.pl

           
Wszystkie Prawa Zastrzeżone
Warszawski Klub Aikido Aikikai - Paweł Zdunowski